COVID-19: Komunikat dotyczący sklepów stacjonarnych  Dowiedz się więcej

Bike Adventure 2021

piątek, 10 września 2021

Drużyny i zawodnicy

MTB. Temat cały czas mi trochę obcy. Nie jeżdżę dużo na „góralu”, nie katuję okolicznych singli, nie ścigam się w maratonach, ale postanowiłem wystartować w Bike Adventure. Po co? Jak to po co? Dla przygody :)

I taki był właśnie plan na ten wyścig. Ukończyć, dojechać w całości do mety i świetnie się przy tym bawić. A przy okazji, oczywiście nabrać jakiegoś tam doświadczenia i przełamać parę barier, bo jak wiadomo, na wyścigu, gdy jest adrenalina, zawsze łatwiej zjechać turbo trudne technicznie fragmenty, niż na treningu. I tak też właśnie było.

Jak to na Bike Adventure, mamy do czynienia z 4 etapami. 2 po Izerach, 2 po Karkonoszach. Jak dla mnie, czyli kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z MTB, im mniej singli, tym lepiej, więc zdecydowanie to Izerskie etapy pasowały mi bardziej, niż najeżone Pasmem Rowerowym Olbrzymy, etapy karkonoskie. Etap pierwszy, to jeden z tych bardziej mi odpowiadając, a początek wymarzony. Długi, szutrowo kamienisty podjazd, poprzedzony tak samo długim, prowadzącym lekko pod górę asfaltem. Idealnie żeby się rozgrzać, wjechać na górę w czołówce i móc potem spokojnie spływać na pierwszym zjeździe. No i tak właśnie było. Na górze top 15, a potem z każdym zjazdem i bardziej technicznym odcinkiem po 10 pozycji w dół. Następnie przychodził podjazd, 5 pozycji w górę i na kolejnym zjeździe znów w dół.. I tak cały czas, do momentu, gdy znalazłem się w około 5-7 osobowej grupce, którą opuszczałem na technicznych fragmentach i doganiałem oraz zostawiałem daleko w tyle na podjazdach. Na moje szczęście, etap kończył się pod górę więc do mety to już tylko ja wyprzedzałem i wjechałem na nią na 39 miejscu.

Etap drugi, to przywitanie z singlami, co dla mnie oznaczało pożegnanie z dobrym miejscem. Totalnie sobie jeszcze na nich nie radzę i nie potrafię tam znaleźć rytmu. Nie potrafię się na nich nawet zmęczyć. Gdy tylko się zaczęły, zaczęło się przepuszczanie jadących szybciej ode mnie zawodników. To było tak irytujące, że jedyne czego chciałem, to żeby jak najszybciej się ten etap skończył. Skończył się po 3 godzinach i 37 minutach, a na mecie zameldowałem się dopiero na 48 miejscu.. Dodatkowym utrudnieniem, była kontuzja mięśnia prostownika kciuka, której nabawiłem się na pierwszym etapie. Każda nierówność na drodze owocowała przeszywającym bólem ręki, jednak dopóki mogłem pedałować, wycofanie się nie wchodziło w grę.

Etap trzeci, to powrót w Izery i powrót ładnej pogody. Co prawda błoto jeszcze było, ale zdecydowanie mniej niż pierwszego dnia. Na początek, ten sam podjazd, który pokonywaliśmy pierwszego dnia, ale jeszcze bardziej wydłużony. W związku z tym, wjeżdżam na górę jeszcze wyżej. Co prawda, potem spływam na zjazdach, ale już nie tak drastycznie, jak na etapie otwierającym rywalizację. Generalnie z każdym dniem zjeżdżam lepiej i każdego dnia poprawiam wszystkie swoje PR na Stravie. Podejrzewam, że przez dłuższy czas, tak to właśnie będzie wyglądać. Każda próba, to mniej strachu, więcej pewności i umiejętności, a tym samym każdy przejazd to szybszy przejazd. Na mecie też byłem szybciej, bo wjechałem na nią na 36 miejscu.

Ostatni etap, to niemal kopia pierwszego, czyli single, single i jeszcze raz single, z tym, że te najcięższe. Ręka już ledwo funkcjonowała, więc celem było po prostu dojechać i mieć już to z głowy. Po krótkim podjeździe tuż po starcie, kolejne kilka kilometrów, to szybki zjazd, a następnie singiel również prowadzący w dół, więc szybko zameldowałem się w dalszej części stawki i większości osób które mnie tam wyprzedziły, do końca etapu już nie zobaczyłem. Patrząc na grafikę z profilem wysokościowym tego etapu, zakładałem że tak właśnie będzie. Pierwsza część trasy to tendencja opadająca, lub płaska, więc przy moich brakach technicznych, rozwój wydarzeń był do przewidzenia, a następnie kilka bardzo stromych i technicznych podjazdów, na których wyprzedzanie nie było łatwe. Etap ten, w dalszej części, potraktowałem już czystko rekreacyjnie. Jedyną myślą jaka mi towarzyszyła, było dojechać do mety i zdjąć bolącą rękę z kierownicy. Udało się to po 3 godzinach i 28 minutach jazdy.

Całą etapówkę ukończyłem na 35 miejscu Open (łącznie z Elitą) i jak na debiut w tego typu wyścigu i start niemalże z marszu, bez treningu w terenie, to wynik całkiem dobry. Za rok na pewno tu wrócę i  na pewno będę lepiej przygotowany, a zawody potraktuję jak zawody, a nie przygodę :)

~ Michał Fonał, Mountain Majk.

Michał w roku 2021 jeździ na rowerze XTC SLR 1

Udostępnij

Wiadomości