Mając ten cel na uwadze, ustaliliśmy plan postojów. Dzięki pięciu obowiązkowym punktom kontrolnym wiedzieliśmy, gdzie chcemy spać i uzupełniać zapasy żywności. Szczerze mówiąc, moje doświadczenie z poprzedniego roku podpowiadało mi, że wolałem nie zatrzymywać się zbyt często, ale Ayesha była przeciwna temu na tym dłuższym dystanie. Chyba zeszłoroczna wspinaczka na Coll d'Ares z samego rana, mając na śniadanie tylko trochę chleba i soku, a postojów na jedzenie do południa były nieco nierozsądne. Dlatego w tym roku zaplanowaliśmy postoje na prowiant mniej więcej co 50 km. Brak paliwa nie stanowiłby problemu.
Choć dodatkowe podjazdy byłyby wyzwaniem, czułem się pewnie na moim sprawdzonym rowerze Defy Advanced SL . Używałem go kilka miesięcy wcześniej, jadąc z Bilbao do Barcelony i czułem się na nim dobrze.
Niestety, ta pewność siebie postanowiła zniknąć jakieś 10 minut przed naszym startem o 6 rano. Mój rower opierał się o samochód, a kiedy Ayesha zatrzasnęła drzwi, Defy upadł na ziemię, powodując wygięcie haka przerzutki. Mając zaledwie kilka minut do startu, nie miałem innego wyjścia, jak tylko jechać dalej, nie mogąc korzystać z biegów wyższych niż szósta zębatka w mojej kasecie 10-36.
Tak to już jest z długodystansowymi wyścigami – wszystko może się zdarzyć i zazwyczaj się zdarzy. Na szczęście Defy jest wyposażony w korbę 46/33T, więc nie było to zupełnie nie do zniesienia. Zanim ostrożnie wygięliśmy hak, mieliśmy już za sobą siedem godzin jazdy.
Takie wyzwania mogą być trudne, ale oboje jesteśmy uparci i wiedzieliśmy, że jeśli zachowamy zimną krew, damy radę. Ważną częścią każdej długodystansowej jazdy jest kontrolowanie sposobu radzenia sobie z pojawiającymi się problemami, zwłaszcza podczas jazdy z innymi. Pomimo, że zmęczyłem nogi na podjazdach bardziej, niż się spodziewałem, pierwszy dzień zakończyliśmy w ciemnościach, ale z pełnym zakresem kasety. Pierwszy dzień miał być naszym najdłuższym – 294 km i z największymi przewyższeniami – 5115 m n.p.m., więc wszystko powinno pójść gładko. Prawda?